czwartek, 25 lutego 2010

Mimozami wiosna się zaczyna

Tutaj mimoza to drzewko a czasem całkiem spore drzewo. Ma delikatny zapach i kosmate kwiatki.


 

  

  
 
Dla Liparyjczyków a właściwie Eolian, bo tak siebie nazywają ( nie Włosi, nie Sycylijczycy tylko właśnie Eolianie, mają bardzo silne poczucie odrębności) ciągle trwa zima. Noszą czapki, kurtki, kozaki, szaliki... a ja w polarze albo sweterku:))) Ale jak uwierzyć w zimę skoro na parapetach w donicach kwitną alpejskie fiołki i frezje, mandarynki i cytryny wiszą na drzewach...
  
...strelicje w przydomowych ogródkach,
  

  

...dziki fenkuł rośnie wszędzie, chyba jest to najczęściej spotykana roślina

  

... a to kwiat agawy (schowana za ogromnymi opuncjami) przygotowujący się do kwitnienia

  

... i coś co zachwyciło mnie absolutnie, kalie rosnące dziko na skalistym zboczu

  

  

  
... tę plażę nazywam teraz "pod kaliami", bardzo mi się podoba, bo nikt tam teraz nie przychodzi, jest cicho a woda jest zupełnie przeźroczysta i szmaragdowa

...to są wrzośce, wielkość średniego człowieka
  

... i pelargonia, wielkość ta sama

  

I na zakończenie, ogródek z widokiem, jakich jest mnóstwo na Lipari

 

To są buty, które kupiłam sobie na wyprzedaży obuwia ZIMOWEGO!:))) Pani poinformowała mnie, że następna dostawa to wiosenne. Pewnie miała na myśli nasze sandały:)))


sobota, 20 lutego 2010

Misz masz...

Jest po 22.00 a ja dopiero zamknęłam balkon:)) Dziś było 20 C. i wiał scirocco, ciepły wiatr z wnętrza Afryki.
Dziś będzie trochę o moim pokoju....


 

  

Jak widać jest w moich ulubionych kolorach. Włosi nazywają to monolocale czyli kuchnia i pokój w jednym:) łazienka osobno. Mam też balkon z widokiem na dachy domów i wzgórz wyspy. Jak dla mnie rozmiar w sam raz, nie trzeba dużo sprzątać a jest przytulnie i bardzo cicho. Rano tylko słyszę sprzedawców ryb zachwalających swój towar (mieszkam bardzo blisko portu). Moje monolocale ma swoją nazwę "Valle Muria", tak nazywa się jedna z piękniejszych plaż na Lipari. Niestety nie mogę jej pokazać bo za każdym razem kiedy trafiam w miejsce skąd jest piękny widok na tę plażę  słońce jest po niewłaściwej stronie.

 
To widzę z balkonu

I jeszcze trochę zdjęć z wnętrza wyspy.

 
Każde wzniesienie to wygasły wulkan, wszędzie jest pełno obsydianu, pumeksu i kaolinu

 

  

 

Teraz coś specjalnego dla mojego syna. Przed wyjazdem dal mi swoją ulubiona maskotkę, Sida , i poprosił aby Sid odbywał ze mną podróż jak krasnal w filmie "Amelia":))) 

Pozuje na tle morza....

... i nawet wdrapał się na drzewo cytrynowe:))

I na koniec jeszcze trochę o carnevale.
Wczoraj odbyło się uroczyste zakończenie okresu zabaw, z opóźnieniem bo z powodu deszczu ostatnia parada i ogłoszenie zwycięskiej grupy nie mogła się odbyć we właściwym czasie. Oczywiście wcześniej uzyskano dyspensę od miejscowego proboszcza:)) Don Gaetano Sardella to bardzo szczególny ksiądz, ogromnie lubiany za bezpośredność i pogodę ducha. Obserwowałam go w trakcie procesji z okazji święta patrona wyspy, św. Bartłomieja. Żadnego dystansu do wiernych, podchodził, witał się z ludźmi, zatrzymywał procesję przy domach gdzie są niepełnosprawni, żeby ich pobłogasławić i pozdrowić i aby wierni też ich pozdrowili. Bardzo ładne to było, takie ludzkie. Oowiadano mi jeszcze, że gdy Don Gaetano przybył na wyspę to jeździł na motorino i wyśpiewywał głośno piosenki:))) Niestety znaleźli sie "przyzwoici", którzy uznali, że to nie przystoi księdzu... no i przestał. A szkoda.

 
 Małe tancerki:)))


 

  

  

 

A to zwycięzcy,  grupa Boba Marleya. Cieszyłam się razem z nimi bo w tej grupie była Silvia i Peppe, moi młodzi znajomi:)
  

 

wtorek, 16 lutego 2010

Carnevale a Lipari

Karnawał trwa tu zwykle 3 dni. Przez ten czas co wieczór odbywa się parada udekorowanych pojazdów, przebierańców, ludzie bawią się na ulicach i w barach. Zabawa nie jest chaotyczna, wszystko maja zorganizowane i przygotowane. Dużo wcześniej umawiają się i tworzą grupy tematyczne. W tym roku były cztery: Bob Marley, Shrek i dwie o zabarwieniu politycznym. Najbardziej urzekające były dzieci, w przepięknych strojach, biedronki, niedźwiadki, żyrafki, księżniczki, pieski, świnki... zrobiłam dużo zdjęć ale niestety... dzieci jak dzieci, trudno przekonać je, żeby stały w miejscu przez chwilę (włoskie dzieci są szczególnie ruchliwe:))) i zdjęcia wyszły nieostre. Tylko parę udało mi się jakoś uratować GIMP,em. Uprasza się więc nie zwracać uwagi na jakość tylko na zawartość:))
Do tradycji karnawałowej należą też słodkie wypiek. Giggi to kruche malutkie ciasteczka umazane w vino cotto (słodkie wino malvasia podgrzane i zredukowane do postaci gęstego, ciemnego sosu, bardzo aromatycznego), naprawdę rewelacyjne! Chiachiere  (czyli po naszemu ploteczki) to nic innego jak nasze faworki tylko w formie kwadratów. I jeszcze coś w rodzaju ravioli ze słodką ricotta. Byłam w trakcie pisania tego postu gdy usłyszałam pukanie do drzwi... la proprietaria przyniosła mi cały talerz tych słodkości. I jak tu nie kochać tego kraju?:)))  Za jakiś czas opiszę jak odnoszą się do mnie miejscowi, bo to ciekawe i zupełnie odmienne doświadczenie niż innych regionach Włoch.

 

  

  

  

Charlie Chaplin w trzech osobach:))
 

 

  

 

 

  

 

 


  

  

Mati, to specjalnie dla Ciebie:))) Marleya oczywiście poznałeś?
 


 

To ja, uchachana  bo siedzę i jeszcze nie wiem, że następne 5 godzin spędzę stojąc (było 3 godzinne opóźnienie, bo carri (te udekorowane pojazdy) baaardzo powoli jechały na miejsce gdzie zaczynała się sfilata czyli parada....


... a tu mam głupi wyraz twarzy bo ledwo stoję ze zmęczenia, huku i obsypania konfetti, opieram się o jakiś słup, mam nadzieję, że to nie była latarnia P)))